Pod Diablakiem OnLine
Pismo Mieszkańców i Sympatyków Ziemi Babiogórskiej

| Wirtualna Zawoja | Czytelnia | Szukaj | Poczta |



pokaż spis treści
NR 5-6/1999:
Lekcja patriotyzmu

Pamięć o utraconej ojczyźnie pielęgnowali jak dobro najwyższe
(Piotr Konowrocki)



Przejechałam 700 km, by zobaczyć zapamiętane z dzieciństwa obrazy Świętej Rodziny. Mały Jezus karmi na nich gołębie bądź pomaga św. Józefowi w pracach stolarskich. Oglądałam je będąc bardzo małym dzieckiem w domu moich dziadków i ich sąsiadów.

Dziś nie spotyka się już takich obrazów w mieszkaniach. Znikają z naszego krajobrazu stare domostwa, a z nimi tamte obrazy, bo ...bo takie duże, takie staroświeckie, źle namalowane, bo kolorystyka jakaś nie taka, nie pasują do współczesnego wystroju wnętrz...

A tam, (..) gdzie szum Prutu, Czeremoszu hucułom przygrywa, tam na zielonej Ukrainie obraz taki wisi na głównej ścianie pokoju, bo... bo jest polski.



Na Ukrainę wyjechaliśmy po otrzymaniu zaproszenia przekazanego nam przez Polsko-Ukraińskie Centrum Kultury Promocji i Turystyki.

Przed problemami w podróży - których najbardziej się obawialiśmy - miało nas chronić pismo Generalnego Konsula Ukrainy w Krakowie, w którym zawarta była prośba o udzielenie Zespołowi Regionalnemu "Juzyna" wszelkiej niezbędnej pomocy. Cieszyliśmy się z czekających nas odwiedziń w działającej w ukraińskim miasteczku Jaremcze szkoły dziedzictwa kulturowego. Najbardziej jednak przeżywaliśmy fakt, że mieliśmy się spotkać z Polakami mieszkającymi na Ukrainie oraz wziąć udział w koncercie z okazji Święta Niepodległości organizowanym we Lwowie 11 listopada.

Zawoję pożegnaliśmy dzień wcześniej o trzeciej nad ranem. Granicę w Medyce "pokonujemy" bez wielkich problemów, choć dość długo ze zdziwieniem obserwowaliśmy jak kierowca Marek Śliwczyński i pilotujący nas Roman Illkiw biegali "od Annasza do Kajfasza", czyli od jednego do drugiego wyniosłego "Pana Celnika", któremu nie za bardzo chciało się udzielać jakichkolwiek odpowiedzi. Jednak po zdobyciu serii pieczątek i dokonaniu sporych opłat (także ekologicznych) wjeżdżamy na Ukrainę.

Wjeżdżamy na Ukrainę

Niemal zaraz za granicą zaskakuje nas widok starych zardzewiałych pociągów, cystern i opuszczonych budynków. - Jest to tabor kolejowy należący do Rosji, która po odzyskaniu niepodległości przez Ukrainę, zażądała od Ukraińczyków ogromnych opłat za swoje obiekty i ich wyposażenie. Ukraińczycy stwierdzili, że nie mają pieniędzy i Rosja może sobie odebrać swoją własność, np. rozebrać i przenieść swoje budynki. Jednak koszt transportu wielokrotnie przekroczyłby ich wartość, więc Rosjanie zrezygnowali i dlatego te mało imponujące "pamiątki Sojuzu" czekają na czas, po którym ustawowo będą mogły być skomunalizowane lub zniszczone - wyjaśnia młodzieży Roman Illkiw. Zgodnie z tradycją zespołu czas podróży wykorzystujemy też na naukę piosenki popularnej wśród zapraszających nas gospodarzy.

Skazany na zniszczenie

Lwów wbrew oczekiwaniom robi na nas przygnębiające wrażenie. Chociaż nieliczne, odnowione już zabytki muszą budzić zachwyt, a miasto niewątpliwie ma swoją niepowtarzalną atmosferę, to jednak przez wiele lat nie prowadziło się tutaj prac renowacyjnych więc pełne zdobień, rzeźb oraz sztukaterii skarby architektury znajdują się teraz w opłakanym stanie. - To miasto, jako prężny ośrodek polskości, skazane było na zniszczenie - słyszymy wyjaśnienie. Także dzisiaj - choć żyjący tutaj Polacy mają więcej swobód politycznych, a Ukraina wywalczyła sobie suwerenność - codzienne życie w tym mieście wciąż jest bardzo uciążliwe.

- Pracujemy najczęściej od 9-tej do 18-tej. Miasto ma duże problemy z zaopatrzeniem w wodę. Wielu mieszkańców nie ma też pieniędzy, by za nią zapłacić, więc bardzo często wodę mamy jedynie od 6- tej rano do 9-tej i od 18- tej do 21-ej. Często też wyłączany jest prąd. Dzieci odrabiają wtedy zadania przy świeczce - słyszymy i dziwimy się jak radzą sobie ci skromnie ubrani ale bardzo schludni, zadbani lwowiacy.

Po obiedzie w miejscu zakwaterowania udajemy się z polską przewodniczką Janiną Ogonowską na spacer po Lwowie.

Zwiedzamy konsulat

Zaczynamy od umówionych odwiedzin w polskim konsulacie. Jego pracownicy życzą nam najpierw, byśmy nigdy nie musieli korzystać z pomocy tego typu placówek, gdyż zazwyczaj kontakty takie wynikają z zaistniałych problemów. Młodzież dowiaduje się jednak, jakiej pomocy może udzielić przebywającemu za granicą Polakowi konsulat.

Na szczęście my przyszliśmy, by zaśpiewać babiogórską piosenkę, nie po to żeby zgłosić zaginięcie paszportu, bądź.. hm, hm.. uczestnika wycieczki, więc - choć najpierw ochrona groźnie zatrzymała część grupy - po zaproszeniu konsula możemy wszyscy zwiedzić ten skądinąd niewielki budynek. Ze wzruszeniem oglądamy zachowane od czasów przedwojennych tablice z polskim godłem w koronie, tablice informacyjne typu: sołtys, i... budzącą w tym miejscu tyle refleksji starą, bodaj cmentarną, rzeźbę orła z opuszczoną głową i skrzydłami.

Z konsulatu udajemy się do siedziby Towarzystwa Kultury Polskiej Ziemi Lwowskiej, by omówić szczegóły zaplanowanego na drugi dzień koncertu.

Wizyta w polskim radiu

Stamtąd szybko - bo czas już nagli - próbujemy dostać się do Polskiego Radia Lwów. Tu wita nas, czekająca na "Juzynę", Anna Gordijewska, z którą poznałyśmy się w Warszawie podczas Światowego Forum Mediów Polonijnych.

Polskie Radio gości kątem w siedzibie radia ukraińskiego i nadaje stąd cotygodniowo kilka godzin programu. Niewiele to. Jednak po czasach, w których za odwagę mówienia o Polakach we Lwowie płaciło się prześladowaniami, a nawet przymusowym wyjazdem daleko na wschód, uzyskane obecnie prawo Polaków do emisji programu w języku polskim jest dużym osiągnięciem.

Do niewielkiej siedziby radia może wejść tylko część grupy. Pozostali schodzą więc na parter i w mieszczącej się tam kawiarni "zamawiają" włączenie Radia Lwów. Na górze "stawiamy" na osoby, które sprawdziły się w telewizyjnym "Polskim Lecie". Do studia wchodzą więc: Agnieszka Baraniec, Dorota Rożek i Piotr Jezutek. Jeszcze tylko jedna piosenka i już Ania wita gości z Polski. Opowiadają gwarą o naszej Zawoi, o kulturze górali babiogórskich, ichstrojach regionalnych. Dziewczęta śpiewają. Ania Gordijewska zaprasza wszystkich na koncert z okazji Święta Niepodległości, w którym wystąpi "Juzyna". Realizator dźwięku pokazuje przez szybę, że poszło świetnie. Piosenka. Połączenie z polonią w Chicago. Zapraszają nas na następny dzień do nocnego programu. Niestety, nie jest to możliwe. Jutro o godzinie 23-ej chcielibyśmy już być w Nadvirnej. Więc jeszcze tylko na prośbę gospodarzy przeglądamy książkę pamiątkową. No, no, no.. miło jest upamiętnić pobyt zawojan w księdze zawierającej tak zacne autografy.

Wieczór w Katedrze

Z radia wychodzimy już po zapadnięciu zmroku. - Tu mieściła się przedwojenna siedziba Polskiego Radia Lwów - mówi przewodniczka wskazując na sąsiedni budynek. Na każdym niemal kroku dotykamy historii. Jesteśmy bardzo wzruszeni. Uliczkami pełnymi zabytków - jakoś tak urokliwiej prezentującymi się w tych wieczornych światłach - wędrujemy do Katedry Lwowskiej, gdzie mamy cichą nadzieję spotkać znanego zawojanom i często u nas wspominanego ks. Mariana Jaworskiego, który pełni obecnie godność Arcybiskupa Metropolity Lwowskiego, a który swego czasu przez dwadzieścia lat przyjeżdżał do naszej miejscowości, by tu, pod Babią Górą, spędzić miesiąc swoich wakacji. Tak chętnie poprosilibyśmy go o wspomnienia z Zawoi. Może zechciałby nam też opowiedzieć o swoich górskich wędrówkach z biskupem, a w późniejszych latach, kardynałem Karolem Wojtyłą ?

Niestety. Dowiadujemy się, że Ksiądz Arcybiskup wyjechał akurat do Krakowa, więc tylko zostawiamy mu w dowód naszej pamięci albumik z fotografiami Zygmunta Ficka i "Monografię Zawoi". Zwiedzamy katedrę. Obawiamy się, że trudno nam będzie na Ukrainie spotkać kolejny kościół rzymskokatolicki. Zostajemy więc na wieczornej mszy św. odprawianej w języku polskim. Obecność grupy tak licznie przystępującej do komunii św. i nasz śpiew wzbudzają zainteresowanie będących w kościele starszych osób. - Wy chyba przyjechaliście z Polski.A gdzie jest ta Zawoja? Jak długo tu będziecie? - pytają.

Na kolację docieramy dość późno. - Było bardzo dużo telefonów z Polski. Rodzice was pozdrawiają. Pytali, czy szczęśliwie dojechaliście. Ta miła wiadomość rozgrzewa wszystkich bardziej niż "hotel", w którym dane nam było się hartować (czy rzeczywiście awaria?).

Mimo że mamy za sobą dziewięć godzin podróży i popołudniowe "bieganie" po Lwowie, to jednak nie możemy sobie jeszcze pozwolić na odpoczynek. Członkowie "Juzyny" uczą się teraz w różnych szkołach kilku miejscowości. Coraz trudniej jest nam ustalić termin wspólnych zajęć, zwłaszcza że w Zawoi Górnej, skąd pochodzą dzieci, nie mamy własnej sali. Konieczne jest więc przećwiczenie programu przed tak ważnym dla nas koncertem.

Podziękujcie waszym rodzicom

Wieczór kończy się niespodziewanym, miłym akcentem. Do sali, w której kończymy próbę wszedł mężczyzna. Jak się później okazało Siergiej Wasiłowicz, dyrektor pierwszego ukraińskiego gimnazjum z miasta Mykolajiv położonego nad Morzem Czarnym.

- Wy jesteście jeszcze bardzo młodzi - mówi do młodzieży. - Może nie do końca mnie zrozumiecie, ale proszę was bardzo, podziękujcie od nas waszym rodzicom. Podziękujcie waszym mamom, ojcom, bo to właśnie w dużym stopniu dzięki nim jesteśmy teraz wolni. Kiedy docierały do nas strzępy wiadomości o tym, że Polacy odważyli się na strajki, że "Solidarność" przeciwstawiła się komunistom, nie wierzyliśmy, że to może się udać, że można ten moloch obalić. Dziś także i my jesteśmy wolni . Po latach rusyfikacji musimy wprawdzie od nowa uczyć Ukraińczyków języka ukraińskiego, ale jesteśmy wolni, Polska tę naszą suwerenność uznała jako pierwsza.

Mimo późnej pory jeszcze dość długo trwa ta rozmowa - powtórka, a dla najmłodszych także lekcja historii. Będziemy ją kontynuować spacerując na drugi dzień po lwowskim starym mieście.

Jedna z najpiękniejszych europejskich nekropolii

Choć kupno wieńca okazało się nierealnym zamierzeniem, nie możemy, w tym ważnym dla każdego Polaka dniu, nie złożyć kwiatów na płycie Cmentarza Orląt. Kupujemy więc okazałą wiązankę biało-czerwonych kwiatów i udajemy się na cmentarz mający obecnie status Muzeum. Spoczywają tu Polacy, Ukraińczycy, Austriacy, Niemcy, Ormianie i Rosjanie. Tu najbardziej zauważa się zawiłości historii tej ziemi i splątane losy ludzi.

Mimo że dokucza nam dość silny mróz, w skupieniu i z uwagą słuchamy opowieści Janiny Ogonowskiej - autorki książki poświęconej tej lwowskiej nekropolii uznanej ze względu napołożenie i bogactwo nagrobków (ponad pięć tysięcy) za jeden z najpiękniejszych europejskich cmentarzy.

Ileż przepięknych pomników i ileż kryjących się za nimi łez oraz dramatów ludzkich. Ileż uwiecznionej w rzeźbach tęsknoty, żalu? Ilu Polaków spoczywających teraz poza granicami swojej ukochanej ojczyzny? Wybitni uczeni, pisarze, artyści, działacze społeczni. Ludzie najbardziej zasłużeni. Julian Ordon (1810-1887), Stefan Banach (1892-1954), Gabriela Zapolska (1857-1921), Maria Konopnicka (1842- 1910), czy np. Artur Grottger (1837-1867), którego do dzisiaj "opłakuje" - uwieczniona sprawnym dłutem rzeźbiarza Parysa Filippego - smutna dziewczyna klęcząca pod krzyżem. Przy niej sokół - symbol miłości i wierności, a poniżej dwa rzeźbione medaliony. Jeden z nich, przedstawiający wizerunek Grottgera, wyrzeźbiła narzeczona zmarłego w wieku trzydziestu lat malarza Wanda Monne - Młodnicka.

Kto ty jesteś?

Każdy z nas od małego zna "Katechizm polskiego dziecka" zaczynający się od słów: Kto ty jesteś? Jednak, gdy pytanie to pada w dzisiejszym Lwowie, gdy pytanie to słyszymy stojąc przed grobem autora tego wiersza Władysława Bełzy (1847-1913), to zdaje się że ten, który tak wiele w życiu wycierpiał za krzewienie polskości stawia to pytanie każdemu z nas. Jak odpowiedzieć na owo Kto ty jesteś? Czy ją kochasz? i co to właściwie dzisiaj znaczy? A gdy 11 listopada, w Święto Niepodległości Polski, stoimy na - położonym w sąsiedztwie Cmentarza Łyczakowskiego - Cmentarzu Orląt, stoimy w milczeniu wśród już nie dziesiątek, a setek grobów pochowanych tu młodych (stąd nazwa cmentarza) żołnierzy, to nikt nie ma już wątpliwości, Czym zdobyta.. Bo przecież znajdują się tutaj liczne groby ofiar wojny polsko- ukraińskiej z lat 1918-1919 i nieco dalej, na "Górce powstańców", groby 230 uczestników polskiego powstania z 1863-1864 roku. Ale także tutaj, w pobliżu, pochowano 408 strzelców ukraińskich, którzy polegli na wspomnianej już wojnie polsko-ukraińskiej i aż 3600 osób, które brały udział w walkach o wyzwolenie Lwowa spod okupacji hitlerowskiej w 1944 roku. Trudne, zawiłe losy narodów.

Patrząc na prowadzone tu z rozmachem (często przez wolontariuszy) prace renowacyjne, nie możemy wręcz uwierzyć, że polskie groby na Cmentarzu Orląt były do niedawna (od lat 50-tych) zasypane dwumetrową warstwą ziemi, by słuch o nich zaginął... Jednak wyrwy po łańcuchach w ocalałym fragmencie arkady, której nawet przy pomocy czołgów nie udało się do końca zniszczyć, potwierdzają słowa przewodniczki.

Nie zapominajcie o nas

Składamy kwiaty na płycie nieznanego żołnierza, modlimy się za spoczywających tu zmarłych, milczymy chwilę wzruszeni i już mamy odejść, gdy nagle słyszymy drżący, nieśmiały głos starszej kobiety, która od pewnego czasu obserwowała naszą grupę. - Powiedzcie, dlaczego dzisiaj tak mało tu Polaków? - pyta nieśmiało. - Nie zapominajcie o nas. My już tutaj zostaniemy wśród tych grobów. Straciłam już nadzieję, że spełni się największe marzenie mojego życia, że zobaczę jeszcze Matkę Bożą Częstochowską. Wiem, że już tu zostanę na zawsze w tej ziemi. Ale nie zapominajcie o nas. Tak was proszę. Nie zapominajcie. Jak wy o nas zapomnicie, to kto o nas będzie pamiętał? Kto za nas się pomodli, zapali nam świeczkę? Przyjeżdżajcie, przyjeżdżajcie - mówi coraz bardziej ściszonym głosem.

Część grupy zbliża się już do bramy wyjściowej cmentarza. Musimy się spieszyć, by zdążyć przygotować się do koncertu, a tak trudno zostawić tutaj tę samotną, pełną żalu kobietę, która zasłoniła twarz próbując stłumić płacz i zakryć cieknące po jej policzkach łzy. Co można powiedzieć w takiej sytuacji? Jak mając kilka minut ukoić ten narastający przez lata ból? Każde słowo pociechy brzmi tak jakoś dziwnie. Próbuję więc przytulić ją i wsunąć dyskretnie parę hrywien na najpilniejsze wydatki..

Do końca życia nie zapomnę uścisku tej kobiety, która wtuliła się we mnie i wybuchnęła niepohamowanym szlochem. Nigdy też nie wybaczę sobie, że patrząc kątem oka na znikającą mi na horyzoncie grupę, nie zapisałam adresu tej kobiety. A tyle można było sprawić jej radości, choćby drobnym dowodem pamięci np. przed Bożym Narodzeniem.

Koncert

Przyjeżdżamy do lwowskiego Pałacu Młodzieży. Na sali mającej około 700 miejsc siedzących komplet publiczności. Szybko zapoznajemy się ze sceną, układem mikrofonów. Rozmawiamy z konferansjerem. Ktoś z młodzieży mówi coś o prężnym środowisku polonijnym. - My nie jesteśmy polonią. Jesteśmy Polakami. My nie emigrowaliśmy, nie wyjeżdżaliśmy z Polski- słyszymy zdecydowany sprzeciw.

W garderobach zespoły prowadzone przez szkoły i towarzystwa polskie z terenu całej Ukrainy. Niektóre z nich jechały na koncert nawet 250 km. W programie poezja, taniec, pieśni legionowe, piosenki dawnego Lwowa, pieśni religijne. Jakże inaczej brzmi tutaj znana nam przecież piosenka "Kwiaty polskie"...

Koncert trwa bardzo długo. Nie wiemy już, czy powinniśmy bardziej cieszyć się z faktu, że organizatorzy zaplanowali nasz program na koniec koncertu uznając, że zespół z Polski powinien wystąpić jako tzw. mocny akcent na finał, czy też martwić się, że wszystko się przedłuża, a my już dawno powinniśmy być w drodze do Nadvirnej. Nikomu jednak nie przychodzi do głowy, by zlekceważyć zgromadzoną tu publiczność i wcześniej wyjechać.

Wreszcie jest. Uwaga! Jeszcze tylko Zespół Folklorystyczny "Lwiowiacy". Ich ostatni taniec. Wszyscy gotowi? Zaczynamy.

Występ podobał się, chociaż byliśmy bez kilkuosobowej kapeli. Tradycyjnie już najwięcej braw zebrali chłopcy tańczący hajduka. Trzeba przyznać, że mimo zmęczenia i późnej pory bardzo starali się, by ich popisy wypadły efektownie.

Publiczność owacją na stojąco prosi o bis. Tego jeszcze nigdy nie przeżywaliśmy. Jest więc i bis. Organizatorzy dziękują, wręczają nam kwiaty. Lwowiakom, którzy nie zawsze mogą podróżować do Polski zostawiamy na pamiątkę piękny album "Polskie Madonny", a po zakończeniu koncertu - zgodnie z wcześniejszą umową - robimy wspólne zdjęcie z konsulem generalnym RP we Lwowie Piotrem Konowrockim, jego rodziną i konsulem RP Wincentym Dębickim. Za kulisami sympatyczna atmosfera. Podziękowania, wymiana adresów. Zespół otrzymuje oficjalne zaproszenie nad Morze Czarne

Młodzież przebiera się już w garderobie. Podchodzą do nas Polacy, pytają, zapraszają, proszą o wysłanie przyniesionych listów (wiedzieli z Radia Lwów, że na koncercie będzie zespół z Polski).

I jeszcze jeden miły gest. Dość oschły dotychczas w sposobie bycia konsul W. Dębicki życzy nam szczęśliwej podróży i... wyjmuje wizytówkę. - Gdybyście mieli jakiekolwiek kłopoty, dzwońcie o każdej porze. Jeśli trzeba nocą. Przyjmujemy ten przejaw troski o nas z wdzięcznością. Spokojniej będzie się nam podróżować.

Jednak nie przedłużamy już tych rozmów. Jest niemal godzina 22, a przed nami wiele kilometrów kiepskich, słabo oznakowanych dróg.

Żegnamy się. Pakujemy. Chcemy jeszcze tylko umyć ręce. Jedna, druga łazienka.. - Ach, jest po godz. 21, a to przecież Lwów. To dlatego nie ma wody w tym okazałym Pałacu Młodzieży. Myjemy się więc dzieląc oszczędnie polską mineralną. Nasi sympatyczni kierowcy - którzy podczas całego pobytu na Ukrainie na wszelki wypadek dyżurują w autokarze - pytają jak wypadł koncert i z wyrozumiałością wyjmują z bagażników zapasowy kanister wody.

Nagle przestajemy marudzić, bo zauważyliśmy, że zbliżają się do nas dwie osoby. To ktoś z publiczności przyszedł do autokaru, by jeszcze raz podziękować. - Przyjeżdżajcie częściej - zachęcają. I jeszcze prośba - ta, którą od Polaków mieszkających na Ukrainie słyszy się najczęściej: - Nie zapominajcie, że tutaj zostaliśmy. Wstydzimy się. Cóż bowiem znaczą trudy naszej podróży wobec doświadczeń tych ludzi i wobec możliwości sprawienia im radości. Tyle łez w oczach i wdzięczności za.. polski strój regionalny i polską piosenkę...

Przed nami kilka godzin czasu na przemyślenia i sprawdzające się w podróży kupione w Polsce zupki (szkoda, że Knorr’a a nie Kowalskiego).

Mimo że pilotuje nas człowiek znający Lwów, przez dłuższy czas błądzimy. Remonty dróg, nie oznakowane objazdy. Znów zaczynają dochodzić do głosu natrętne myśli: "Po co nam to było?". Podróż dłuży się. Choć jest to kolejna już zarwana noc, jakiś niepokój nie pozwala zasnąć. Wokół ciemność. Złe drogi. Jedziemy bardzo powoli. Wypatrujemy znaków drogowych. Zastanawiamy się, jak ułożyłoby się nasze życie, gdybyśmy to my "kładąc się kiedyś do swego łóżka w Polsce, obudzili się w innym kraju. "My nie jesteśmy polonią. My nigdzie nie emigrowaliśmy" - przypominają nam się słowa lwowiaków. Nie jest sztuką pobyć kilka dni w trudnych warunkach. Jak jednak radzilibyśmy sobie mieszkając tutaj na stałe.

Jedziemy kolejną godzinę. Młodzież też nie zasypia. Rozmawiamy o organizowanych na Ukrainie wyborach prezydenckich, które mają się odbyć pojutrze i które Ukraińczycy tak bardzo przeżywają. - Tu ważą się nasze losy. Od tego zależy m.in. to, czy nasi synowie będą musieli iść na wojnę do Czeczenii. Jeśli nie wygra Kuczma, to stanie się z nami to samo, co stało się zBiałorusią - przypominamy sobie ich słowa. Rozmawiamy o wyborach w socjalistycznej Polsce, o czasach komunizmu. - Boże, to wy nic nie wiecie. To Wy tak mało rozmawiacie z rodzicami o czasach komuny - wybucha jeden z kierowców, gdy chłopcy nie dowierzają im słuchając wspomnień o represjach stanu wojennego, czy np. trudnościach z wyrobieniem paszportu. Z trudem też przyjmują wyjaśnienia zdenerwowanego R. Illkiwa, który próbuje im wyjaśnić, dlaczego dla Ukraińczyków polska flaga wywieszona we Lwowie w Święto Niepodległości Polski (bez flagi ukraińskiej) niesie za sobą głębsze, poważniejsze treści niż tylko te, że oto do Lwowa przyjechała sobie polska wycieczka. Mimo wyjaśnień chłopcy mają żal do właścicieli hotelu, którzy zdjęli wywieszoną przez nich flagę.

Jedynie dzieci

Zgadzamy się jednak, że to właśnie dzieci ze swoją otwartością, brakiem uprzedzeń i niezabliźnionych ran mogą pokojowo unormować stosunki polsko-ukraińskie. - Taka wymiana kulturalna młodzieży ma głęboki sens - uważa R. Ilkiw. - To najlepszy sposób, by już nigdy nie wybuchła wojna polsko- ukraińska - mówi ten syn Polki i Ukraińczyka.

Przejeżdżamy przez Iwano-Frankowsk - przedwojenny Stanisławów - do niedawna miasto zamknięte. Zauważamy, że południowe tereny Ukrainy są znacznie bogatsze, lepiej zagospodarowane. Wyglądają bardziej okazale.

Spostrzeżenia te potwierdza Nadvirna. Miasteczko to - odpowiednik naszego powiatu - prezentuje się o wiele korzystniej od Suchej. Odnowione, wymalowane pastelowymi kolorami elewacje domów. Starannie położone chodniki, dobrze utrzymane place i to, czego zazdrościmy im najbardziej: ładny budynek biblioteki, okazały dom kultury.

Przedtem jednak kolacja o czwartej nad ranem. Czekają na nas smaczne kanapki i noclegi u gospodarzy, głównie w rodzinach Polaków, choć nie tylko. Zauważamy że nasi rodacy żyją tu w dużej zażyłości z Ukraińczykami, choć też przeżyli wiele wojennych dramatów oraz represji ze strony struktur administracyjnych państwa.

Śpimy jak susły. Budzimy się więc sporo po godz. 9-tej, a więc już po czasie, kiedy z kranów cieknie woda. Doceniamy, oj, doceniamy nasze choćby skromne łazienki z ciepłą wodą i z dużą wdzięcznością przyjmujemy wiadro zimnej wody. Nareszcie można się umyć.

Gospodarze przyjmują nas bardzo serdecznie. Zadając sobie trud gotują nam na śniadanie danie z ziemniakami, co w ich tradycji oznacza, że jesteśmy podejmowani jak ważni goście. Umówiliśmy się na zbiórkę o godz. 11. Nie sposób jednak odejść, tyle interesujących historii, faktów chcą nam opowiedzieć nasi gospodarze.

Opowieści, opowieści, ludzkie losy. Nie starczyłoby kilku "Diablaków", by spisać choćby część tych człowieczych historii.

- Tata zmarł już dużo wcześniej. Miałam czternaście lat, gdy mama pojechała z bratem w okolice Krakowa, by odwiedzić moją starszą siostrę, która urodziła dziecko. Zabrała do torby parę rzeczy, jakieś ubrania, upieczone w domu ciasto i.. i nigdy już jej nie zobaczyłam. Zostałyśmy rozdzielone granicą. Mama po latach zmarła po tamtej stronie. Ja zostałam tutaj samiuteńka. Zabrano mi rodzinny dom. Prześladowano mnie za to, że mam rodzinę na Zachodzie.

Uzdolniony muzycznie brat został po wojnie w Europie Zachodniej. Śpiewał w operach włoskich. Teraz mieszka ze swoją żoną w Wielkiej Brytanii. Nie mógł mi pomóc, bo to ściągnęłoby na mnie jeszcze więcej kłopotów. Za samą widokówkę wysłaną przez niego z Ziemi Świętej byłam wzywana do komitetu partyjnego i omal nie straciłam pracy.

Spotkaliśmy się po kilkudziesięciu latach. Już jako ponad siedemdziesięcioletni starsi ludzie wypatrywaliśmy się z przejęciem na lotnisku Okęcie w Warszawie. Kiedy ostatni raz widzieliśmy się byliśmy niemal dziećmi. Czy teraz się rozpoznamy?

Pierwszy zauważył mnie brat. "Poznałem Cię po Twoich zielonych oczach. Zapamiętałem, że były zielone" - twierdził. Rzuciliśmy się sobie w objęcia. Nie sposób tego opisać, jak bardzo płakaliśmy. Ludzie przystawali obok nas, a my nie mogliśmy powstrzymać łez i ogromnego wzruszenia. Wiele w życiu przeżyłam, ale chyba nigdy tak bardzo nie płakałam..

Dopiero jako starsza osoba mogłam też odwiedzić grób mojej mamy, Polskę.

Opowieści, opowieści, życie..

Danuta Gimza

Do góry
"Wirtualna Zawoja"
Ostatnia aktualizacja: 10.06.2001r.
webmaster